Sass Rigais. Śladami Messnera

Nie mam zamiaru ściemniać, że nie liczy się w górach wysokość. Trójka i zera wrażenia nie robi, ale zawsze cieszy. Na kolejny cel wybraliśmy Sass Rigais, który w Dolomitach wyprowadził nas leciutko ponad trzy tysiączki.

Wejście na Sass Rigais odłożyliśmy nieco w czasie. Mieliśmy przypuścić ten szturmik zaraz po wypadzie na Gran Cir i Cir V (kliknij), ale może wcale nie wyszło nam to na złe. Przynajmniej weszliśmy na Sassongher i naoglądaliśmy się tam wszystkich tych przepięknych panoram (klik). Potrzebowaliśmy jednak całego pięknego dnia, bo podejście pod ścianę i załojenie góry trawersem ze wschodu na zachód, kilka godzin jednak zająć musi. Jeśli masz jednak trochę czasu i potrafisz ruszać żwawo kopytkiem pod górę, to wybierz się śladem samego Reinholda Messnera, który w wieku 5 lat stanął na szczycie razem ze swoim ojcem. Później w życiu słynnego tyrolskiego alpinisty były coraz wyższe i wyższe szczyty. Poczytujemy to sobie za dobrą wróżbę.

Sass Rigais i pobliska Furchetta to najwyższe szczyty grupy Odle. W literaturze można znaleźć różne wysokości Furchetty, jednak najczęściej obie góry oznaczane są tą samą wysokością – 3025 m.n.p.m. Grzbiet Odle ciągnie się na przestrzeni kilku kilometrów  i kulminuje się w paru miejscach szczytami: Kl. Fermeda, Gr. Fermeda, Gr. Odla, Sass Mesdi, Torkofel, Wasserkofel, Waserstuhl i Campiller. Żaden z nich nie przekracza jednak trzech tysięcy.W drodze na szczyt nie wspomagaliśmy się kolejką Col Riser, przez co musieliśmy podejść o jakieś 500 metrów pionu więcej niż turyści, którzy zazwyczaj skracają sobie w ten sposób drogę. Wspomagaliśmy się za to dobrą kawą w schronisku Rifugio Firenze (Regensburgerhütte), która urwała nam kilkadziesiąt minut i troszeczkę wydłużyła pobyt w masywie. Samochód zostawiliśmy na parkingu pod dolną stacją kolejki linowej. Samo podejście do schroniska, plus picie kawy, zajęło nam około dwóch godzin.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Rif. Firenze to kolejne czarujące miejsce w Dolomitach. W nieco oddalonym od cywilizacji schronisku można dobrze zjeść i odpocząć. Trzeba jednak uważać, jeśli z góry schodzi się z pustym brzuchem. Główne przysmaki serwowane są tylko w przeciągu kilku obiadowych godzin. Nie mniej jednak warto się tu zatrzymać na kilka minut. Dobra kawa, kaloryczny apfelstrudel, sprawdzenie pogody w stacyjce meteo na tarasie i sprawdzenie godziny na pięknym zegarze słonecznym to obowiązkowe punkty programu.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Spod schroniska wyruszyliśmy szlakiem nr 13 kierując się wciąż w stronę ogromnego, piarżystego żlebu pomiędzy Sass Rigais a Furchettą. Po drodze musieliśmy przejść przez stadko krów wcinających soczystą trawę. Rozległe hale oferują kapitalne widoki. Z obu stron skalne ściany. Pod skałami pasące się konie, a z tyłu głaz Sassolungo, na który kiedyś trzeba będzie się wdrapać wspinaczkową drogą. Szliśmy przez trawiaste łąki aż do rozwidlenia szlaku (40 min). Przy drogowskazie skręciliśmy w prawo (w kierunku wschodnim). Trawa kończy się lekkim uskokiem, po przekroczeniu którego nie pozostaje nic innego, jak dreptać po piargu aż na samą przełęcz Salieres (2696 m). Po drodze spotkaliśmy dwa zespoły wspinaczkowe. Jeden wspinał się już po ścianie Sass Rigais, drugi zajęty był szpejeniem pod Torkofel. 

Długa i żmudna jest ścieżka na przełęcz. Szczególnie w pełnym słońcu. Kilkoma zakosami pokonuje się nieco wysokości, by stanąć pomiędzy największymi szczytami w grzbiecie Odle. Z przełęczy widać zaśnieżone austriackie Alpy. Gdzieś w chmurach chowa się Grossglockner. Lustruję przez chwilę ścianę po prawej stronie i próbuję odgadnąć na przyszłość drogę do topu Furchetty. Kilka minut zajmuje nam zakładanie sprzętu, po czym ruszamy już via ferratą ostro ku szczytowi. Grań wschodnią pokonali po raz pierwszy w 1888 r. trzej wspinacze: H. Hess, R. H. Schmitt i C. Schulz. 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Sama ferrata nie jest określana jako specjalnie trudna. Najtrudniejsze miejsca wyceniono na stopień B/C. Na drodze do szczytu spotyka się kilka powietrznych miejsc i klamry. Jest również jedno miejsce, które niższym miłośnikom ferrat może lekko podwyższyć tętno. W pewnym momencie przewinąłem się za skałkę i zobaczyłem, że będzie wesoło. Na drodze staje przepaść. Choć nie jestem wielkoludem, dla mnie była to kwestia sporego kroku, ale już dla Martu musieliśmy zaimprowizować inny styl pokonania szczerbiny. Podałem jej krótką pętle z karabinkiem. Tą lonżą musiała się ona wpiąć w poręczówkę i zawisnąć na niej przez kilka sekund. Później wystarczyło podać mi rękę i przejechać kilkadziesiąt centymetrów jak na tyrolce. Istnieje jeszcze sposób na „żywca”. Szczelinę można pokonać nieco wyżej, ale wiąże się to z wypięciem z poręczówki.

dsc_0527
Start z przełęczy
sastitle
W tle Alpy Zillertalskie

Logiczna i dobrze widoczna droga prowadzi na sam szczyt z zachwycającą, rozległą panoramą. Stąd obserwować można zarówno pobliskie szczyty, jak i oddalone i ośnieżone austriackie wierzchołki z najwyższym Grossglocknerem. Świetnie prezentuje się bliźniacza co do wielkości Fuchetta, skalne zakamarki odsłania Sella i pozwala Marmoladzie wyjrzeć zza swoich „pleców”. Niesamowicie wygląda Sassolungo. Pośród łąk przypomina rzucony na trawę duży kamień. Na szczycie jest całkiem sporo miejsca. Jest tu także krzyż i tabliczka z Marią ufundowana przez alpinistów z Verony.  

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Szczyt mieliśmy cały dla siebie. Kiedy wchodziliśmy na wierzchołek, kilka osób schodziło na drogę zachodnią. Nieograniczony widok, cisza i towarzystwo wieszczków sprawiły, że przesiedzieliśmy na Sass Rigais prawie godzinę. Nie obyło się bez pstrykania fotek w każdą stronę i wpisu do książki szczytowej. Następnie zeszliśmy na drogę zachodnią. Strome skalne stopnie kopuły szczytowej ubezpieczone są poręczówką. Następnie teren przechodzi w zbocze, które nie jest technicznie trudne, ale w kilku miejscach wymaga zachowania czujności. Luźne kamienie czasem chcą wyjechać spod stopy. Warto również uważać, żeby nie strącać ich na partnerów i inne zespoły. Niżej trafiamy po raz kolejny na poręczówkę, a nawet na niewielki drewniany mostek. Drogą zejściową dochodzimy do piarżystego żlebu schodzącego z przełęczy Forcella di Mesdi. Zejście ze szczyt, naprawdę spokojnym krokiem, zajmuje nam 2,5 godziny. Po tym czasie znów stajemy w progu schroniska Firenze. Godzinę później wrzucamy pospiesznie szpej do auta i pędzimy do Wolkenstein uzupełnić spalone w górach kalorie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Praktyczne informacje:
Trudność: A/B (łatwo)
Szczyt: 3025 m
Wysokość podejścia: ok. 1575 m z dolnej stacji kolejki Col Riser
Sprzęt: komplet na ferraty, pętla wspinaczkowa 30 cm, zakręcany karabinek
Czasy: Col Riser (dolna stacja) – Schr. Firenze 1h30min/schronisko – rozdroże na pocżątku piargów 30min; żleb – Przełęcz Salieries 1h30min; ferrata – szczyt Sass Rigais 1h30min; szczyt – schr. Firenze 2h30min; schronisko – Col Riser (parking) 1h
Uwagi: popularny szczyt, długie podejście na start ferraty, na wschodniej ferracie dobra asekuracja, klamry i jedno powietrzne miejsce, zejście zachodnią ferratą miejscami „uważne” (luźne kamienie)

P.S. Udało nam się nawet spotkać w markecie Messnera. Zaprosiliśmy go na kolację. Na potwierdzenie wspólne foto. 🙂

dsc_0783

 

Reklamy

2 Comments Add yours

  1. plmount pisze:

    Miło, że się podoba. Foty z Reinholdem odmówić sobie nie mogłem. 😛

  2. Skadi pisze:

    Super relacja! A ostatnie zdjęcie najlepsze 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s